Jak nie dać się wyprzedażom, rabatom, obniżkom i wszędobylskim quasi okazjom (nie tylko sezonowym)…

Temat aktualny cały rok, a teraz mam wrażenie ze zdwojoną mocą. Zewsząd kuszą nie tylko wyprzedaże sezonu jesień – zima (ogarnęły już nie tylko odzież i dodatki, ale też sprzęt audio, rtv, agd, meble i inne rzeczy, po których nie spodziewałam się, że mogą być „sezonowe” – nie licząc choinek czy hamaków i parasoli przeciwsłonecznych) czy zniżki na zestawy (po)świąteczne (kosmetyki, słodycze, zabawki), ale też gratisy do większych zakupów i/lub dodatkowe rabaty przy zakupie większej ilości sztuk/par/kompletów, tzw. „wielopaki” (pięć kilogramów cukru w cenie czterech…), kupony rabatowe w skrzynkach pocztowych i mailowych, punkty premiowe dla posiadaczy kart lojalnościowych, zniżki u „partnerów” danej sieci, itd.

Z jednej strony wystarczającym ograniczeniem może być brak funduszy po Świętach (prezenty i więcej jedzenia pochłaniają zwykle więcej środków niż w innych miesiącach roku – pomijając skrajności takie jak branie pożyczki na taką okoliczność…), z drugiej pieniądze otrzymane w prezencie (znowu ktoś nie wiedział, co sprawi bliskiej osobie przyjemność, więc sypnął groszem pod choinkę…) i często wolne w okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem kuszą: „wydaj mnie/kup sobie coś ładnego/wykorzystaj wolne od pracy i czas wyprzedaży”.

Poniżej przedstawiam zatem moje patenty na to, jak skutecznie ominąć lub przynajmniej ograniczyć szaleństwo konsumpcjonizmu, mnożenia dóbr, robienia zapasów, marnotrawienia jedzenia, czasu i pieniędzy, etc. :

  • zaprzestanie oglądania gazetek reklamowych – jeśli potrzebuję czegoś konkretnego, dopiero wówczas sprawdzam ewentualne oferty i porównuję ceny, przy czym tyczy się to zwykle kosmetyków, środków czystości i innych artykułów niecodziennej potrzeby (nie jest to zatem mleko czy pieczywo),
  • wypisanie się z większości newsletterów sklepów internetowych,
  • zaprzestanie odwiedzania ulubionych sklepów (w moim przypadku była to np. Perfumeria Douglas, z zamysłem nabycia „jakiegoś miłego dla oka i nosa drobiazgu”),
  • robienie zakupów z listą potrzebnych rzeczy i ścisłe trzymanie się tego, co się na niej znajduje,
  • planowanie obiadów „na tydzień do przodu” – sklepy spożywcze także bazują na rabatach i „wielopakach” na pewne produkty żebyśmy robili zakupy w określonej sieci (często w specyficznym czasie, jak obniżone ceny majonezów przed Wielkanocą) – wahając się czy coś kupić warto przypomnieć sobie, że kawy zostało jeszcze pół paczki, nie potrzebuję na raz 3 kg mąki, itp. – dzięki planowaniu nie kupuję przypadkowych produktów żywieniowych z zamysłem „zrobienia z nich czegoś dobrego”, unikam też zastanawiania się „co by dziś zjeść?” – co w moim przypadku jest trudniejsze, gdy lodówka jest pełna, bo nagle nabieram dziwnej ochoty na to, by zjeść więcej, a nawet częściej (nawet gdy nie jestem głodna…),
  • zaprzestanie kupowania „na zapas” (w moim przypadku szczególnie kosmetyków) – zniżki się powtarzają (z różną częstotliwością): nie potrzebuję przecież trzech balsamów do ciała, zwłaszcza identycznych, skoro używam tylko jednego – zapasy zajmują miejsce, jeśli nie zdążę ich zużyć często okazuje się, że się przeterminowały, co daje podwójne wyrzuty sumienia (nie oszczędziłam dzięki rabatowi, tylko wydałam więcej pieniędzy niż planowałam, w dodatku muszę wyrzucić to, czego termin ważności minął),
  • kupowanie tylko sprawdzonych kosmetyków, z zastrzeżeniem, iż jeśli potrzebuję czegoś nowego/dodatkowego przed zakupem sprawdzam recenzje danego kosmetyku w Internecie, najczęściej w dziale Kosmetyk Wszechczasów na portalu www.wizaz.pl,
  • dokładne czytanie etykiet/składów produktów żywnościowych i kosmetycznych: ich lektura wielokrotnie skutecznie zniechęciła mnie do ulegania chwilowym zachciankom,
  • kupowanie prezentów z wyprzedzeniem – dzięki temu na przykład unikam gonitwy i przepychanek w sklepach przed Bożym Narodzeniem, z towarzyszącym stale pytaniem: „co by kogo ucieszyło?” (myślę o tym dużo wcześniej – bywa, że już w sierpniu!), unikając krzyczących z wystaw haseł takich jak: „dwa w cenie jednego”, „najtańszy produkt gratis”, „jeden dla Ciebie, drugi dla przyjaciela”, itp. – w grudniu mam spokój i czas na odpoczynek, pieczenie pierników i inne przyjemności,
  • porzucenie odwiedzania galerii handlowych z myślą „pogoda jest straszna/mam kiepski humor/nudzę się – może znajdę coś fajnego” – zamiast tego wychodzę z MM na spacer lub na basen, zapraszam znajomych na kawę (w moim przypadku zbożową, bo taką lubię najbardziej), czytam książkę, za którą zabierałam się od dawna lub w inny przyjemny czy pożyteczny sposób zagospodarowuję czas wolny,
  • znajdowanie kilku zastosowań dla jednej rzeczy/produktu – przykład: olej kokosowy (wersja jadalna) świetnie nawilża skórę i włosy, nadaje się też do krótkiego smażenia naleśników, kurczaka i innych potraw nie wymagających długiej obróbki termicznej,
  • powstrzymywanie się od zakupu kolejnego kosmetyku czy bluzki dzięki uprzedniemu zajrzeniu do garderoby i szafek w łazience – jakież to miłe uczucie „odkryć”, że mam trzy czarne żakiety w różnym fasonie i czwartego zdecydowanie nie potrzebuję (te trzy to i tak za dużo…),
  • przerabianie już posiadanej odzieży (ręczne ozdabianie swetra, który mi się znudził, skracanie rękawów koszuli z pomocą maszyny do szycia, itp.),
  • pozbycie się karty kredytowej: jeśli w danym czasie nie mam na coś pieniędzy, po prostu tego nie kupię: posiadając kartę kredytową wydajemy pieniądze, których fizycznie nie mamy, a „po wypłacie” i tak trzeba będzie spłacić zadłużenie na karcie, uszczuplając tym samym swój budżet w danym miesiącu,
  • odkładanie nadwyżek finansowych pod koniec danego miesiąca na koncie oszczędnościowym – po dłuższym czasie okazuje się, że uzbierała się tam niezła suma pieniędzy (na większe wydatki, zwłaszcza niespodziewane, na podróże, spełnianie marzeń własnych lub bliskich, itd.).

Mocno ograniczyłam większość zakupów gdy okazało się, że spodziewamy się z MM dziecka. Nie tylko z myślą, że nowy członek rodziny będzie wymagał sporo wydatków różnej maści. Moje złe samopoczucie i przebywanie z tego powodu na długotrwałym zwolnieniu lekarskim spowodowało, że mam więcej czasu na porządki (również w głowie), „odgracanie” mieszkania, „odkrywanie” rzeczy, które już posiadam(y), a byłam przekonana, że nie mam(y), rozdawanie nadmiaru dóbr bliskim i obcym (okazuje się, że wiele schronisk dla zwierząt chętnie przyjmie koce, ręczniki i pościel, a mieszkańcy domów pomocy społecznej radują się na widok odzieży) oraz ogólne zwolnienie tempa życia.

Wciąż istnieją dwie kategorie pożeraczy finansów (dosłownie!), których trudno mi się wyzbyć i tak naprawdę wcale tego nie chcę…). Pierwsza to książki – w listopadzie i grudniu kupiłam ich aż dziewiętnaście (kilka na prezenty „bez okazji”), a korzystając z nadmiaru wolnego czasu wróciłam do zdrowego i pięknego nałogu wzbogacania umysłu i wyobraźni. Drugą jest sprawianie radości bliskim – najczęściej są to drobiazgi, ale zdarzają się i większe przyjemności. Moja radość jest przy tym przeogromna i nieoceniona.