Higiena intymna w ciąży

O tym jak ważna jest higiena intymna (nie tylko w ciąży) nie trzeba nikogo przekonywać. Nie mam na myśli tylko regularnego mycia się, ale również zapobieganie infekcjom – podobno bardzo częstym w ciąży (o czym na szczęście wiem tylko z opowieści).

W pierwszym trymestrze byłam częstym gościem w toalecie – nie tyle z powodu „parcia na pęcherz” (jako jednego z popularnych objawów ciąży), co następstw rewolucji żołądkowych. Jak się później okazało, spowodowanych nietolerancją laktozy. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej produkty nabiałowe (mleko, białe i żółte sery, jogurty naturalne używane również od lat zamiast śmietany) były jednym z moich głównych składników pokarmowych – zwykle rozpoczynałam dzień od twarożku z dodatkami (zielony ogórek, rzodkiewka, szczypiorek, oliwki, itd.). Nasłuchałam się od koleżanek i naczytałam w ciążowych poradnikach, że w ciągu tych magicznych dziewięciu miesięcy na skutek działania hormonów perystaltyka jelit zwalnia, skutkując wzdęciami i zaparciami. U mnie było odwrotnie – biegałam do toalety góra pół godziny po większości posiłków, a mimo to jeszcze przez kilka godzin ciężko znosiłam potworny ból brzucha (z góry na dół, wzdłuż i wszerz…), nie wiedząc czym powyższe są spowodowane. Do czasu, aż położna, ginekolog i dietetyk uświadomili mi, jak częstym zjawiskiem jest właśnie ciążowa nietolerancja cukru z mleka – laktozy. Nie zawsze miałam możliwość skorzystania z prysznica (przebywając poza domem) lub przynajmniej podmycia się „tuż po” (marzę o domu z dużą łazienką, w której obecny byłby bidet!). Wówczas z pomocą przychodziły mi chusteczki oczyszczająco – nawilżające: nie te przeznaczone stricte do higieny intymnej, tylko chusteczki dla dzieci i niemowląt (w domu) lub odświeżające (do ogólnego użytku – mam je zawsze w torebce). To jednak nie wszystko. Poniżej kilka sposobów na to, jak uniknąć infekcji intymnych i jak sobie radzić jeśli wystąpią.

Zapobieganie

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Profilaktycznie wypijam codziennie 25 ml soku z żurawiny oraz rano na czczo – szklankę wody mineralnej (może być również chłodna przegotowana) z sokiem z cytryny i świeżą miętą pieprzową. Doskonale wpływają na prawidłowe funkcjonowanie układu moczowego. Sok żurawinowy na zdjęciu powyżej ma pojemność 500 ml, zawiera tylko jeden konserwant (kwas L-askorbinowy – źródło witaminy C) oraz kwas cytrynowy – przy okazji wspomaga zatem odporność. Kosztuje stale 10,99 zł w sieci Super Pharm (mimo słowa „promocja” nad ceną). Wystarcza na trzy tygodnie codziennego stosowania. Uwielbiam jego pyszny kwaskowaty smak.

Do codziennego używania wkładek higienicznych (w ciąży charakterystyczna jest zwiększona ilość wszelkich wydzielin) i częstego mycia okolic intymnych (nawet samą wodą) nikogo zapewne przekonywać nie muszę. Ważne, by nie ograniczać się tylko do porannego i/lub wieczornego prysznica, ale również „podmywać się” lub używać chusteczek oczyszczających bądź nawilżanego papieru toaletowego po każdym skorzystaniu z toalety. Płynów do higieny intymnej jest mnóstwo, ale wcale nie jest łatwo znaleźć takowy przeznaczony dla kobiet w ciąży i okresie połogu. Po dłuższych poszukiwaniach trafiłam na emulsję Soraya lactissima. Oprócz tego, że ma delikatny, prawie niewyczuwalny zapach i posiada fizjologiczny odczyn PH, zawiera pantenol, alantoinę i kwas mlekowy – działające kojąco i ochronnie. Cały skład jest krótki (w porównaniu z innymi płynami tego typu): Aqua, Cocamidopropyl Betaine, Glycerin, Coco-Glucoside, PED/PPG-120/10, Trimethylopropane Trioleate, Laureth-2, Panthenol, Glyceryl Laurate, Allantoin, Lactic Acid, Glycol Distearate, Laureth-4, Disodium EDTA, Sodium Benzoate, Parfum. Bez mydła, barwników, SLES. Butelka z dozownikiem o pojemności 300 ml kosztuje między 9 a 12 zł, co przy sporej wydajności (wystarcza na kilka miesięcy) nie jest wielkim wydatkiem. Z chusteczek polecam Cleanic Kindii, Hipp lub każde inne nie zawierające alkoholu i parafiny (oraz wszelkich pochodnych oleju mineralnego oraz innych „zapychaczy”). Wersja do ogólnego użytku (oczyszczanie), w małym poręcznym opakowaniu to świetne i tanie (99 groszy/15 sztuk) to chusteczki z Lidla (fresh – podobno mentolowe – dla mnie najbardziej uniwersalne, rumiankowe lub o „zapachu” melona). Nie powodują podrażnień, pieczenia, swędzenia, długo zachowują zdolności odświeżające. Mam je zawsze w torebce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

 

Leczenie

W ciąży szczególnie restrykcyjnie przestrzegam słów (notabene emitowanych na końcu telewizyjnych reklam leków i suplementów): „przed zastosowaniem skontaktuj się z lekarzem lub (ewentualnie) farmaceutą”. Polecam zatem poradzenie się specjalisty przed zastosowaniem jakiegokolwiek leku czy suplementu w ciąży oraz uważne czytanie ulotek (najlepiej w Internecie – jeszcze przed zakupem).

Na problemy z drogami moczowymi moja ginekolog i położna polecają picie naparu z pokrzywy (działa moczopędnie, co przyspiesza oczyszczanie dróg moczowych) oraz stosowanie tabletek ziołowych, np. Urosept (zawiera wyciągi z korzenia pietruszki, naowocni fasoli, liści brzozy, ziela rumianku, liści borówki brusznicy oraz cytryniany: sodu i potasu). Kosztuje średnio 8 zł za 30 szuk lub 13 zł za 60 sztuk. W ulotce napisano, że brak jest danych na temat ewentualnego szkodliwego wpływu tego środka stosowanego w ciąży lub okresie karmienia piersią, aczkolwiek w rozmowach z kilkoma farmaceutami uzyskałam informację, że zawiera składniki jak najbardziej naturalne i bezpieczne: chyba, że któryś z nich lub tzw. substancji pomocniczych (kwas cytrynowy, sacharoza, laktoza, skrobia ziemniaczana, stearynian magnezu, talk, indygotyna, guma arabska suszona rozpyłowo lub Capol 1925 – mieszanina białego wosku pszczelnego i wosku carnauba), powodują reakcje alergiczne. W przypadku infekcji dróg rodnych niestety zwykle trzeba sięgnąć po antybiotyk (jeśli to infekcja bakteryjna: PH 4.7 i więcej) lub lek przeciwgrzybiczy (infekcja grzybicza: PH 4.0 – 4.4). W rozpoznaniu przyczyny infekcji pomocne są testy PH dostępne w aptekach bez recepty takie jak Gine Intima (dokładność odpowiada testom laboratoryjnym). Wówczas jednak tym bardziej nie ma mowy o stosowaniu czegokolwiek „na własną rękę” – tylko za wskazaniem i pod nadzorem lekarza (prowadzącego ciążę lub przynajmniej tzw. pierwszego kontaktu/internisty). Poszukiwanie pseudo-porad w Internecie również jest mało odpowiedzialnym rozwiązaniem.

 

Jak nie dać się wyprzedażom, rabatom, obniżkom i wszędobylskim quasi okazjom (nie tylko sezonowym)…

Temat aktualny cały rok, a teraz mam wrażenie ze zdwojoną mocą. Zewsząd kuszą nie tylko wyprzedaże sezonu jesień – zima (ogarnęły już nie tylko odzież i dodatki, ale też sprzęt audio, rtv, agd, meble i inne rzeczy, po których nie spodziewałam się, że mogą być „sezonowe” – nie licząc choinek czy hamaków i parasoli przeciwsłonecznych) czy zniżki na zestawy (po)świąteczne (kosmetyki, słodycze, zabawki), ale też gratisy do większych zakupów i/lub dodatkowe rabaty przy zakupie większej ilości sztuk/par/kompletów, tzw. „wielopaki” (pięć kilogramów cukru w cenie czterech…), kupony rabatowe w skrzynkach pocztowych i mailowych, punkty premiowe dla posiadaczy kart lojalnościowych, zniżki u „partnerów” danej sieci, itd.

Z jednej strony wystarczającym ograniczeniem może być brak funduszy po Świętach (prezenty i więcej jedzenia pochłaniają zwykle więcej środków niż w innych miesiącach roku – pomijając skrajności takie jak branie pożyczki na taką okoliczność…), z drugiej pieniądze otrzymane w prezencie (znowu ktoś nie wiedział, co sprawi bliskiej osobie przyjemność, więc sypnął groszem pod choinkę…) i często wolne w okresie między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem kuszą: „wydaj mnie/kup sobie coś ładnego/wykorzystaj wolne od pracy i czas wyprzedaży”.

Poniżej przedstawiam zatem moje patenty na to, jak skutecznie ominąć lub przynajmniej ograniczyć szaleństwo konsumpcjonizmu, mnożenia dóbr, robienia zapasów, marnotrawienia jedzenia, czasu i pieniędzy, etc. :

  • zaprzestanie oglądania gazetek reklamowych – jeśli potrzebuję czegoś konkretnego, dopiero wówczas sprawdzam ewentualne oferty i porównuję ceny, przy czym tyczy się to zwykle kosmetyków, środków czystości i innych artykułów niecodziennej potrzeby (nie jest to zatem mleko czy pieczywo),
  • wypisanie się z większości newsletterów sklepów internetowych,
  • zaprzestanie odwiedzania ulubionych sklepów (w moim przypadku była to np. Perfumeria Douglas, z zamysłem nabycia „jakiegoś miłego dla oka i nosa drobiazgu”),
  • robienie zakupów z listą potrzebnych rzeczy i ścisłe trzymanie się tego, co się na niej znajduje,
  • planowanie obiadów „na tydzień do przodu” – sklepy spożywcze także bazują na rabatach i „wielopakach” na pewne produkty żebyśmy robili zakupy w określonej sieci (często w specyficznym czasie, jak obniżone ceny majonezów przed Wielkanocą) – wahając się czy coś kupić warto przypomnieć sobie, że kawy zostało jeszcze pół paczki, nie potrzebuję na raz 3 kg mąki, itp. – dzięki planowaniu nie kupuję przypadkowych produktów żywieniowych z zamysłem „zrobienia z nich czegoś dobrego”, unikam też zastanawiania się „co by dziś zjeść?” – co w moim przypadku jest trudniejsze, gdy lodówka jest pełna, bo nagle nabieram dziwnej ochoty na to, by zjeść więcej, a nawet częściej (nawet gdy nie jestem głodna…),
  • zaprzestanie kupowania „na zapas” (w moim przypadku szczególnie kosmetyków) – zniżki się powtarzają (z różną częstotliwością): nie potrzebuję przecież trzech balsamów do ciała, zwłaszcza identycznych, skoro używam tylko jednego – zapasy zajmują miejsce, jeśli nie zdążę ich zużyć często okazuje się, że się przeterminowały, co daje podwójne wyrzuty sumienia (nie oszczędziłam dzięki rabatowi, tylko wydałam więcej pieniędzy niż planowałam, w dodatku muszę wyrzucić to, czego termin ważności minął),
  • kupowanie tylko sprawdzonych kosmetyków, z zastrzeżeniem, iż jeśli potrzebuję czegoś nowego/dodatkowego przed zakupem sprawdzam recenzje danego kosmetyku w Internecie, najczęściej w dziale Kosmetyk Wszechczasów na portalu www.wizaz.pl,
  • dokładne czytanie etykiet/składów produktów żywnościowych i kosmetycznych: ich lektura wielokrotnie skutecznie zniechęciła mnie do ulegania chwilowym zachciankom,
  • kupowanie prezentów z wyprzedzeniem – dzięki temu na przykład unikam gonitwy i przepychanek w sklepach przed Bożym Narodzeniem, z towarzyszącym stale pytaniem: „co by kogo ucieszyło?” (myślę o tym dużo wcześniej – bywa, że już w sierpniu!), unikając krzyczących z wystaw haseł takich jak: „dwa w cenie jednego”, „najtańszy produkt gratis”, „jeden dla Ciebie, drugi dla przyjaciela”, itp. – w grudniu mam spokój i czas na odpoczynek, pieczenie pierników i inne przyjemności,
  • porzucenie odwiedzania galerii handlowych z myślą „pogoda jest straszna/mam kiepski humor/nudzę się – może znajdę coś fajnego” – zamiast tego wychodzę z MM na spacer lub na basen, zapraszam znajomych na kawę (w moim przypadku zbożową, bo taką lubię najbardziej), czytam książkę, za którą zabierałam się od dawna lub w inny przyjemny czy pożyteczny sposób zagospodarowuję czas wolny,
  • znajdowanie kilku zastosowań dla jednej rzeczy/produktu – przykład: olej kokosowy (wersja jadalna) świetnie nawilża skórę i włosy, nadaje się też do krótkiego smażenia naleśników, kurczaka i innych potraw nie wymagających długiej obróbki termicznej,
  • powstrzymywanie się od zakupu kolejnego kosmetyku czy bluzki dzięki uprzedniemu zajrzeniu do garderoby i szafek w łazience – jakież to miłe uczucie „odkryć”, że mam trzy czarne żakiety w różnym fasonie i czwartego zdecydowanie nie potrzebuję (te trzy to i tak za dużo…),
  • przerabianie już posiadanej odzieży (ręczne ozdabianie swetra, który mi się znudził, skracanie rękawów koszuli z pomocą maszyny do szycia, itp.),
  • pozbycie się karty kredytowej: jeśli w danym czasie nie mam na coś pieniędzy, po prostu tego nie kupię: posiadając kartę kredytową wydajemy pieniądze, których fizycznie nie mamy, a „po wypłacie” i tak trzeba będzie spłacić zadłużenie na karcie, uszczuplając tym samym swój budżet w danym miesiącu,
  • odkładanie nadwyżek finansowych pod koniec danego miesiąca na koncie oszczędnościowym – po dłuższym czasie okazuje się, że uzbierała się tam niezła suma pieniędzy (na większe wydatki, zwłaszcza niespodziewane, na podróże, spełnianie marzeń własnych lub bliskich, itd.).

Mocno ograniczyłam większość zakupów gdy okazało się, że spodziewamy się z MM dziecka. Nie tylko z myślą, że nowy członek rodziny będzie wymagał sporo wydatków różnej maści. Moje złe samopoczucie i przebywanie z tego powodu na długotrwałym zwolnieniu lekarskim spowodowało, że mam więcej czasu na porządki (również w głowie), „odgracanie” mieszkania, „odkrywanie” rzeczy, które już posiadam(y), a byłam przekonana, że nie mam(y), rozdawanie nadmiaru dóbr bliskim i obcym (okazuje się, że wiele schronisk dla zwierząt chętnie przyjmie koce, ręczniki i pościel, a mieszkańcy domów pomocy społecznej radują się na widok odzieży) oraz ogólne zwolnienie tempa życia.

Wciąż istnieją dwie kategorie pożeraczy finansów (dosłownie!), których trudno mi się wyzbyć i tak naprawdę wcale tego nie chcę…). Pierwsza to książki – w listopadzie i grudniu kupiłam ich aż dziewiętnaście (kilka na prezenty „bez okazji”), a korzystając z nadmiaru wolnego czasu wróciłam do zdrowego i pięknego nałogu wzbogacania umysłu i wyobraźni. Drugą jest sprawianie radości bliskim – najczęściej są to drobiazgi, ale zdarzają się i większe przyjemności. Moja radość jest przy tym przeogromna i nieoceniona.

Sprzątanie w ciąży

Powyższy temat wydaje się pozornie błahy. Dlaczego bowiem stan błogosławiony miałby kłócić się ze sprzątaniem czy stanowić wymówkę dla nieładu i bałaganu. Istnieją jednak czynności i substancje chemiczne, które są zdecydowanie przeciwwskazane w ciąży i wcale nie chodzi tutaj o złe samopoczucie utrudniające prace domowe. Ku mojemu zaskoczeniu jako pierwsza powiedziała mi o tym… kosmetyczka. Zdania lekarzy (pytałam o to czterech ginekologów) są natomiast podzielone. Jedni zdecydowanie odradzają poniższe, inni to bagatelizują lub zrzucają odpowiedzialność na kobietę („jak pani uważa”).

Nadwyrężanie mięśni brzucha

Odradza się przede wszystkim wykonywanie wszelkich gwałtownych ruchów oraz czynności związanych z naciąganiem i nadwyrężaniem mięśni brzucha. Nie chodzi tylko o dźwiganie, noszenie i przesuwanie ciężkich przedmiotów (noszenie zakupów czy miski z praniem, przenoszenie wiaderka z wodą, przesuwanie mebli, itp.). Odpada zatem wieszanie firan i zasłon, mycie okien czy ścielenie łóżka z szybkim, wielokrotnym podnoszeniem rąk wysoko do góry – lepiej obejść łóżko nawet trzy razy, rozkładając powoli rogi kołdry i narzuty, aniżeli szarpać się z pościelą w pośpiechu. Odkurzanie i szorowanie podłóg także lepiej pozostawić innym domowników, chociażby partnerowi czy mężowi (miło, gdy możemy liczyć na takie wsparcie). Prace przydomowe, takie jak koszenie trawy, grabienie liści czy odśnieżanie (choć trudno to ostatnie odnieść do obecnej aury…) również są zakazane. Dla jednej moich bliskich koleżanek „spacer” z elektryczną kosiarką do trawy skończył się niestety odpływaniem wód płodowych i przedwczesnym porodem w siódmym miesiącu ciąży.

Nie każdej kobiecie w ciąży powyższe czynności mogą zaszkodzić, aczkolwiek zbytnia beztroska w tym temacie w najlepszym wypadku może skończyć się bólem brzucha (i tak zwykle obecnym, co spowodowane jest rozciąganiem się mięśni brzucha, macicy i więzadeł), w gorszym krwawieniem, a w skrajnym nawet poronieniem. Powiedzenie, że „pośpiech jest złym doradcą” w tym temacie jest zdecydowanie adekwatne.

Kontakt z detergentami

Ograniczenie powyższego do minimum jest istotne zwłaszcza podczas pierwszego trymestru, gdy wiele substancji może działać na rozwijające się dziecko (nie lubię określenia płód) teratogennie (poronnie). Trudno zaliczyć do nich na przykład płyn do mycia naczyń (większość zawiera środki powierzchniowo czynne, obecne również w szamponach, żelach pod prysznic, itp.), ale już od wybielaczy, preparatów do czyszczenia podłóg, toalet, piekarników czy armatury łazienkowej zdecydowanie powinnyśmy się trzymać z daleka. Podobnie rzecz ma się z nawozami i środkami ochrony roślin. Mają bowiem działanie silnie drażniące nie tylko zewnętrznie (wnikają w głębsze warstwy skóry aniżeli tylko naskórek), ale i wewnętrznie – podczas sprzątania narażamy się na wdychanie ich oparów. Warto w tym miejscu przypomnieć, że to z czym ma kontakt matka (nie tylko pokarmy i napoje) trafia również do dziecka.

Alternatywy

Istnieją oczywiście środki czyszczące o łagodniejszym składzie (np. tania i skuteczna polska Barwa) czy możliwości ograniczenia kontaktu z substancjami chemicznymi (zakładanie rękawiczek i maseczek ochronnych, przeznaczenie wybranej odzieży tylko do sprzątania i pranie jej po każdym użyciu w tym celu). Warto rozważyć również stosowanie zdrowszych i tańszych zamienników substancji czyszczących. Woda z octem (zwłaszcza winnym czy jabłkowym) jest doskonałą alternatywą dla sklepowych odkamieniaczy, podobnie działa kwasek cytrynowy (a jeszcze lepiej – sok z cytryny, mający dodatkowo działanie wybielające). Umycie wanny czy toalety takimi roztworami (zwykle w proporcji 50:50) da podobny efekt. Soda oczyszczona lub proszek do pieczenia rozpuszczone w wodzie z łatwością usuną zabrudzenia w kuchni. Zaschnięty tłuszcz nie wymaga użycia mleczka – doskonale poradzi sobie z nimi pozostawiona na kilka minut piana z płynu do naczyń. Meble (nie tylko drewniane) nie zawsze musimy czyścić środkami przeznaczonymi do tego celu – często wystarczy ściereczka i czysta woda. Niezłym rozwiązaniem (przy większym budżecie) jest używanie czyścików i mopów parowych. Z tym zastrzeżeniem, że świetnie usuwają zabrudzenia z tzw. podłóg twardych (gres, kamień, marmur, terakota, itd.), ale nie nadają się do czyszczenia paneli, desek drewnianych, itp.

Nie każda z nas ma komfort otrzymywania pomocy w wykonywaniu domowych obowiązków przez członków rodziny. W miarę możliwości jednak, zamiast za wszelką cenę udowadniać sobie czy otoczeniu, że „ciąża to nie choroba”, warto dać się odciążyć innym, zadbać o zdrowie swoje i malucha, a nawet zmienić nawyki w zakresie sprzątania (jak wspomniana zmiana środków chemicznych na łagodniejsze). Lepiej zachować większą ostrożność, aniżeli później martwić się, czy nie zaszkodziliśmy własnemu dziecku.

Nisza (nie tylko) dla Przyszłych (i Obecnych) Mam…

Spodziewam się Pierwszego Dziecka. Jestem za półmetkiem tego niesamowitego oczekiwania, bo już w 24 tygodniu. Od 12 tygodnia wiem, że w kwietniu przyszłego roku po drugiej stronie mojego brzuszka pojawi się Nasz Synek. Gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy bicie serca Naszego Maluszka świat się na chwilę zatrzymał…
Później stopniowo wszystko zwalniało. Zaczął mi przeszkadzać nadmiar wrażeń w pracy i poza nią, hałas w Galeriach Handlowych, przepełniona szafa, jedzenie w pośpiechu. Okazało się, że wcale nie muszę raz w tygodniu odwiedzać Douglasa (wcześniej zakładając: „kupię tylko jakiś pachnący drobiazg”), powinnam oddać lub sprzedać zdecydowaną większość butów i ubrań, zaprzestać kupowania kosmetyków „na zapas”, itp. Przestały mnie kusić promocje, gazetki reklamowe, gratisy do większych zakupów, specjalne rabaty dla stałych klientów, etc. Te uczucia potęgowały się wraz z pogarszającym się samopoczuciem, skutkującym zwolnieniem lekarskim od 11 tygodnia ciąży…
Slow Life, Slow Fashion, Slow Food… Nadmiar wolnego czasu spowodował, że wróciłam do nałogowego czytania książek, rozpoczęłam niekończące się porządki w szafach i komodach, przypomniałam sobie o prezencie gwiazdkowym od MM sprzed dwóch lat (maszyna do szycia!), zmieniłam nawyki żywieniowe, znalazłam też czas na codzienne ćwiczenia (dzieki którym bóle kręgosłupa zmniejszyły się), aczkolwiek z bólem serca porzuciłam też wówczas (pod koniec pierwszego trymestru) jeżdżenie na rowerze, którym od kilku miesięcy pokonywałam codzienną drogę do i z pracy. Przestałam odwiedzać centra handlowe, chociaż spacery z MM często kończyły się w Castoramie: wychodziliśmy bogatsi o nowe kwiaty do domu i na balkon czy półprodukty do wykonania DIY mebli… MM pod koniec marca położył nowe płytki na balkonie (On naprawdę potrafi wszystko w zakresie prac remontowych, chociaż nijak ma się to do Jego wyuczonego i wykonywanego zawodu – przy czym nie mówię tego jedynie wiedziona Miłością) i to miało zwieńczyć trwający ponad rok remont nowego mieszkania. W naszym przypadku jednak hasło reklamowe sieci marketów spożywczych: „Jak to dobrze, że Biedronka jest tak blisko” znalazło swój odpowiednik właśnie w Castoramie i dzięki temu sami zrobiliśmy m. in. trzy szafy w zabudowie i garderobę, a obecnie wieńczymy dzieło w postaci szafki pod umywalką umiejscowioną na blacie z konglomeratu marmurowego. Wszystko to dokładnie tak, jak chcieliśmy – bez kompromisów, niechcianych czy chwilowych rozwiązań, z maksymalnym zaangażowaniem i satysfakcją – a przy tym za 1/3 trzecią kosztów, które musielibyśmy ponieść zamawiając gotowe. Zdumiewające ile pasji i talentów można odkryć… ale o tym innym razem.
Wbrew moim oczekiwaniom okazało się, że idea szeroko pojętego SLOW w (teoretycznie) „studni bez dna” jaką jest Internet nie ma szczególnego odzwierciedlenia dla Przyszłych Mam. Dodatkowo grudzień jest miesiącem, w którym niestety co kilka dni pobijam rekordy porannego wstawania (dziś o 3.30…), więc w tym nadmiarze wolnego czasu – jestem…